środa, 25 stycznia 2017

Dlaczego jesteś taka chuda?

Wyobraź sobie, że jesz gwoździe a popijasz je spirytusem. Nierealne, prawda?
Do tego właśnie można porównać spożywanie posiłków, kiedy w całej jamie ustnej i w przełyku masz zmiany zapalny - owrzodzenia, afty, nadżerki. Jedzenie owoców, słodkiego, ciepłego, zimnego, ostrego, kwaśnego sprawia ból. Nie masz przyjemności z jedzenia.
Nie raz jelita odpuszczają, brzuch nie boli i masz ochotę na jakieś smaczne danie. Co z tego, jak ''góra'' postanawia strajkować.

Masz wielką ochotę na schabowego. Jesteś bardzo głodny. Tak, że aż burczy Ci w brzuchu. Na talerz nakładasz wielką porcję jedzenia. Zaczynasz jeść i nagle coś jest nie tak. Robi Ci się ciepło, zimno, niedobrze, a w brzuchu zaczyna wywracać flaki na dziesiątą stronę. Od razu tracisz apetyt. Zjesz parę kęsów i odstawiasz talerz.

Kolejna sytuacja. Wszystko, dosłownie wszystko smakuje jak papier albo sama sól. Chleb, ryż, zupa, szynka, serek - wszystko jest bez smaku. Zmuszasz się do jedzenia, a i tak nic z tego nie wychodzi.

Możesz jeść, ale ze względu na przewężenia jest to tylko dieta płynna. ''Jedzenie'' nie wygląda atrakcyjnie, przez co znowu tracisz apetyt. Albo spotykasz na drodze niedouczonego dietetyka, który daje Ci kartę A4 z wypisanymi wielką czcionką produktami, które możesz jeść. Jest to chude mięso z kurczaka, marchewka, ziemniaki, kisiel i biszkopty. Boisz się zaostrzenia, przez co posiłki są monotonne. Cały czas talerz wygląda tak samo nudno, dlatego po jakimś czasie masz już dość tego jałowego jedzenia.

I wreszcie możesz jeść, jesz na co tylko masz ochotę i na co tylko pozwalają jelita. Jesz zdrowo, kolorowo, o stałych porach. Ale co z tego, jak masz taką biegunkę, że nie wyrabiasz na zakrętach w maratonach do ubikacji. Wszystko przelatuje, nic się nie trawi. Przewód pokarmowy postanowił się zepsuć. Mimo, że ''góra'' tym razem pozwala i delektujesz się smakiem pieczonego jabłka jak tortu z cukierni od Pani Magdy G, to dół postanawia, że jeszcze szybciej niż je zjadłeś, musisz je z siebie wyrzucić.

Mogłabym wymienić jeszcze szpitalowanie. Jedzenie z tak zwanego ''wózka'' jest obrzydliwe. Wszędzie. Nie ważne jak dobry jest szpital i jak dobry ma catering. Szpital to szpital. Nie ma co się oszukiwać. Jeszcze jak śniadania i kolację są do przeżycia, to obiady to tragedia. Typowy szpitalny talerz to zielono - żółta breja z ziemniaków i szpinaku a do tego kotlet - pieczeń rzymska - czyli zmielone wszystko, co możliwe. Czasem w takiej pieczeni zobaczysz kawałki pseudo szynki ze śniadania i nawet makaron z pomidorowej! A nawet, jeśli jedzenie w szpitalu jest dobrej jakości to i tak szpital ma swój specyficzny klima i zapach. Nie wszystko i nie zawsze da się zjeść w takich warunkach.

Na temat żywienia w szpitalach można napisać wielotomową książkę. Ale nie o tym chciałam... Leżysz zmęczony, obolały, podpięty do różnych urządzeń, kabelków, kroplówek. Masz biegunkę, wymiotujesz, jest Ci niedobrze, źle się czujesz po badaniach. Trudno wtedy myśleć o jedzeniu. Natomiast jeśli pobyt jest planowy, a Ty w miarę dobrze się czujesz to po prostu jesteś głodny. Jeśli nie masz w pobliżu przyjaciół, rodziny, którzy przyniosą Ci normalne jedzenie, to musisz spodziewać się, że po wyjściu ze szpitala Twoja waga pokaże dużo niższy wynik, niż  przed przyjęciem.

Podsumowując i odpowiadając na pytania zawarte w temacie - jestem chuda, bo mój przewód pokarmowy jest zepsuty. Robię wszystko, by go naprawić. Udaje się to czasem lepiej, czasem gorzej.
Uparty jest! Co zrobić...


środa, 18 stycznia 2017

Nie potrzebujesz powodu by pomagać...

W sumie to nie wiem kiedy zapaliła się we mnie iskierka, by nieść pomoc innym. Może właśnie wtedy, jak dowiedziałam się, że choruję przewlekle i na razie nic nie da się zrobić. Może właśnie wtedy jak nikt nie potrafił pomóc mnie. A może wtedy jak pierwszy raz porozmawiałam z pacjentem, który też choruje na NZJ.

Szukałam informacji w Internecie. Szukałam for, grup wsparcia, stowarzyszeń, fundacji. I to właśnie w Internecie trafiłam na wspaniałych ludzi, którzy zrobili dla mnie wiele dobrego. Obserwowałam ich pracę na jednym z wydarzeń edukacyjnych zorganizowanym przez chorych dla chorych. Widziałam ile radości im to sprawia, mimo, że sami chorują. Kto lepiej Ciebie zrozumie, niż także chory człowiek?
Trochę się bałam, wstydziłam, czułam się nikomu niepotrzebna. Od dziecka byłam nieśmiała, nie lubiłam ludzi, nie lubiłam nawiązywać nowych kontaktów. Miałam swój hermetyczny świat, do którego wpuszczałam niewiele osób. Choroba nauczyła mnie rozmawiać z obcymi ludźmi. W końcu ile można leżeć w sali szpitalnej i patrzeć w sufit. Po jakimś czasie znudziło mi się czytanie, krzyżówki, filmy i potrzebowałam drugiej osoby. Do porozmawiania, pożartowania i po to, żeby jakoś przetrwać te szpitalne dni. 

Dorastałam. A dorastanie z chorobą jest dwa razy trudniejsze. Uczyłam się sama pytać, sama walczyć o swoje i sama decydować. Do tego strach i nieśmiałość trzeba było schować do kieszeni i przynajmniej udawać pewną siebie. 

Zaczęło się od udzielania na forach związanych z NZJ, potem zdecydowałam się pojechać na wakacje z osobami, które także chorują. I wydaje mi się, że to był taki moment przełomowy. Zobaczyłam, że z chorobą można żyć całkiem normalnie, że nie tylko ja na to choruję. Znalazłam przyjaciół, otrzymałam wiele wsparcia. 

Później zaczęłam udzielać się w wolontariacie. Niesamowita przyjemność! A kiedy dowiedziałam się, że żywienie dojelitowe będzie towarzyszyć mi przez trochę czasu - wtedy wiedziałam już na pewno, że chcę pomagać.

Chcę dzielić się swoim doświadczeniem tak, jak kiedyś ktoś podzielił się ze mną. Chcę pokazywać, że mimo wielu przeciwności losu można spełniać swoje marzenia. W zamian mam z tego wielką radość. Cieszę się, że ktoś ucząc się na moich błędach może szybciej zdrowieć. 
Lubię słuchać i myślę, że wychodzi mi to całkiem nieźle. Nie zawsze umiem pocieszyć, bo sama złoszczę się na magiczne ''wszystko będzie dobrze''. 

Jestem  niesamowicie szczęśliwa, kiedy ktoś jest mi wdzięczny, kiedy ktoś mi dziękuje. 
Spróbuj! Pomaganie nie boli ;)


Jesteśmy chwilę po finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej pomocy, dlatego pozwolę sobie napisać parę zdań. Pojawiła się nagonka na Jurka Owsiaka i całą wspaniałą inicjatywę. Nie rozumiem tych ludzi, nie rozumiem dlaczego kierują tak złe słowa pod adresem człowieka, który zrobił dla nas wszystkich tyle dobra. Kto z Was będąc w szpitalu nie widział czerwonych serduszek ponaklejanych na sprzętach? Ten sprzęt zakupiony przez WOŚP codziennie pozwala na przeżycie wielu maleńkim dzieciom. Kiedy leczyłam się w szpitalu dziecięcym nie raz byłam badana właśnie przez sprzęt z naklejonym serduszkiem.

Gdyby nie Orkiestra, nie udałoby się wprowadzić przesiewowych badań słuchu z których korzysta każdy noworodek w Polsce. Gdyby nie Jurek, Polska wyglądała by zupełnie inaczej. Zanim powiesz coś złego na WOŚP pomyśl, że Twoje życie lub życie Twoich bliskich kiedyś może uratować sprzęt zakupiony właśnie dzięki Orkiestrze! 

piątek, 13 stycznia 2017

Nie oceniaj!

Ból brzucha tak silny, że już nie wiesz czy leżeć, siedzieć czy stać. Leki nie działają, termofor nic nie daje, a każdy ruch sprawia, ze ból rozrywa cię od środka. W toalecie widzisz dużo krwi, skrzepów, ropy. wstanie z łóżka sprawia ci trudność. Nie wspominając o tych morderczych maratonach z pokoju do ubikacji, boli cię każdy palec, każda kosteczka. Nie możesz jeść, pić, spać. 
Zanim leki zaczną działać, trzeba trochę poczekać. 
Obok wozisz za sobą stojak z kroplówkami. Nie masz siły ubrać się w nic innego jak dresy.

Trzeba tak pokazywać się na co dzień? W piżamie, z kroplówką, a może w koszulce z odkrytym brzuchem na którym masz blizny? Bez makijażu, z cieniami pod oczami, nieuczesana... 
Może wtedy tak naprawdę uwierzycie, że jestem chora... Chociaż znajdą się też tacy, co powiedzą, że o siebie nie dbam i dlatego tak wyglądam. 

W szpitalu to leżę sobie z nudów. Do lekarzy chodzę dlatego, że nie mam znajomych. Te blizny na rękach, to od wstrzykiwania narkotyków. Na operację poszłam przez pomyłkę. A wszystkie te leki, które biorę to dlatego, że symuluję! Brzuch to boli mnie ze stresu. Jak wytłumaczysz krew, gorączki...Po co, przecież tego nie widać?

Klaudia, robisz z igły widły!
Wstrząs anafilaktyczny sobie wymyśliłam, żeby było trochę grozy. Panu ordynatorowi tak nudziło się na dyżurze, że prawie całą noc nie miał co robić, dlatego siedział przy mnie i obserwował czy się nie pogarszam. Wymyśliłam sobie też, że się duszę, a żeby zwiększyć ciśnienie i puls to się nałykałam prochów! 

Po domu chodzę z przypiętą do żołądka kroplówką, żeby zwrócić na siebie uwagę i wzbudzić litość. Jestem leniem, bo cały dzień leżę i śpię. Nikt nie pomyśli, że mam anemię i źle się czuję. Nie chcę jeść niektórych rzeczy, bo ubzdurałam sobie, że będę się odchudzać. 

Tworzą swoją prawdę. Nie słuchają, nawet nie próbują zrozumieć. Nie widzą tego, czego nie widać na pierwszy rzut oka. Nie widzieli zdjęć z kolonoskopii, nie widzieli jak wymiotuję zwijając się z bólu, nie widzieli jak rozgrywa się dramat, kiedy w ubikacji jest tylko krew. Nie widzieli jak płaczę, jak prawie umieram po wstrząsie, w jakim stanie budzę się po operacji. 
Przecież najłatwiej powiedzieć, że udaje! Udaje, bo mi tak wygodnie. Udaję, bo jako chora mam więcej przywilejów i więcej mi wolno. Udaję, bo chcę zająć miejsce w tramwaju. Udaję, by móc się wykręcić chorobą. 

Nic ci nie jest! Dobrze wyglądasz. Po co ci to żywienie?

Dzięki temu, że mam żywienie - dobrze wyglądam :) 

Nawet nie wiesz ile bym dała, żeby normalnie pójść na studia, do pracy. Żeby przychodnie odwiedzać tylko z przeziębieniem. Żeby nie wiedzieć, gdzie w najbliższej okolicy jest toaleta. 

Pisałam już o tym ile wysiłku wkładam w to, by wyglądać normalnie. Makijaż, by zatrzeć ślady bólu i łez. Ubranie, by ukryć blizny. Przyklejony uśmiech, by tu naprawdę udawać, że wszystko w porządku. 
Myślisz, że symuluję. A ja każdego dnia walczę o to, by wreszcie było normalnie. 

Nie oceniaj tak łatwo! Nie warto... 



wtorek, 10 stycznia 2017

Przychodzi Crohn do lekarza...

Mimo tego, że tak zaczynają się te słynne dowcipy, to dzisiaj będzie na poważnie.

Zachorowałam jako czternastoletnia dziewczynka. Nic nie wiedziałam o tym, jak rozmawiać z lekarzami. Bałam się ich. Na widok białego fartucha mój puls skakał jak szalony.

Lekarz to przecież normalny człowiek. Może my jesteśmy wychowani w takiej kulturze, by przed lekarzem kłaniać się w pas i przepraszać za to, że się mu przeszkadza. Przecież wizyta u lekarza powinna wyglądać całkiem inaczej, pacjent powinien czuć się bezpiecznie i mieć do lekarza pełne zaufanie. Inaczej to nie ma sensu. Lekarz natomiast nie powinien z góry traktować pacjenta. Z tym bywa różnie...

Jak rozmawiać z lekarzem?
Spokojnie! Przede wszystkim spokojnie. Najlepiej powiedzieć o wszystkich swoich objawach i nic nie ukrywać, bo tym tylko można sobie pogorszyć stan zdrowia. Jak lekarz ma nam pomóc, jeśli nie wie wszystkiego.
''Miała Pani jakieś operacje?
-Nie
-A ta blizna to po czym?
-A dwa lata temu usuwali mi wyrostek''.
Uwielbiam te rozmowy lekarzy z pacjentami :)


Czasem zdarza się nam coś ukryć przed lekarzem. Boimy się, że jak powiemy wszystko, to od razu dostaniemy skierowanie do szpitala, albo zostaniemy w szpitalu dłużej. Zastanów się czy na pewno chcesz to sobie zrobić. Męczyć się w domu, albo za chwilę znowu jechać na SOR.

Kolejna sytuacja, to nagła sprawa. Musisz skontaktować się z lekarzem, kończą Ci się leki, chcesz zapytać o coś ważnego. Najbliższy wolny termin nawet prywatnie jest dopiero za dwa dni. Nie możesz tyle czekać, a nie masz możliwości skontaktować się telefonicznie lub mailowo. Postanawiasz iść do przychodni, bo wiesz, że Twój lekarz dzisiaj przyjmuje pacjentów. Problem jest taki, że kolejka to około dwadzieścia rozzłoszczonych osób, które na przyjęcie czekają od wczesnego ranka. Lekarz się spóźnił, każdego pacjenta przyjmuje przez około pół godziny, wszystko się przedłuża. Twój stan zdrowia nie pozwoli Ci na siedzenie i czekanie na ostatniego pacjenta, by dopiero wtedy zapytać, czy lekarz Cię przyjmie. Ryzykujesz, pukasz do gabinetu i z miną przepraszającego za to, że żyjesz, pytasz czy lekarz poświęci Ci chwileczkę. Zastanawiasz się, czy już szykować się do ucieczki, a może do przeprosin, za to, że w ogóle się przyszło i miało śmiałość zapytać. Przygotowujesz się do tego, że zaraz lekarz wygłosi niezłe kazanie, że nie ma czasu i co Ty sobie w ogóle wyobrażasz. To, jak skończy się ta historia zależy od lekarza i od tego jakie mamy z nim relacje. Z doświadczenia wiem, że może skończyć się różnie. Możesz zostać odesłany do domu z niczym, możesz zostać przyjęty od razu, a możesz także czekać do późnych godzin wieczornych i być przyjętym ''po łebkach'' jako ostatni.

Najlepiej wszystko planować, jednak z Crohnem szanse na to, że uda się wszystko zaplanować są raczej marne. Idziesz spać zdrowy, wstajesz z krwawieniem i gorączką. Lekarz nie raz zapewniał Cię, że możesz dzwonić na jego prywatny numer komórkowy. Pół dnia zastanawiasz się, czy możesz mu tak zawracać głowę, a może przejdzie i wyjdę na głupka? Na pewno nie odbierze..., nie ma pewnie czasu, co go interesują moje problemy... Nie raz, jak już dzwoniłam to było za późno i lekarz nie mógł mi pomóc, tylko trzeba było jechać do szpitala. Za długo zwlekałam... Nie raz też dostałam ochrzan, że jest już późno i wieczorem nie zostanę skonsultowana przez telefon. W sumie racja, bo zabieram komuś prywatny czas, po pracy.
Nigdy nie wiem kiedy jest dobra pora, by zadzwonić.

Lekarz - pacjent, w tej relacji tworzy się wielki dystans, a co za tym idzie jakiś strach. Nie powinno tak być. Przecież, lekarz to też człowiek, nie 'nadczłowiek'. Nie jestem jednak pewna, czy w najbliższej przyszłości w Polsce udałoby się skrócić ten dystans i sprawić, że relacje będą cieplejsze, a pacjenci przestaną za wszystko przepraszać... 



piątek, 6 stycznia 2017

Wszystko będzie dobrze!

Super! Ale się cieszę! Tylko kiedy to wszystko będzie dobrze?
Za godzinę? Jutro? Za miesiąc?
A może nigdy...

Pobyt w szpitalu, bo nie wiedzą co mi jest. Wstępna diagnoza to chłoniak. Ale przecież: weźmiesz chemię, wszystko będzie dobrze. Co z tego, że tu i teraz jest źle? Co z tego, że przeszukują mi pościel i szafkę w szpitalu czy nie chowam jedzenia, że chodzą za mną do łazienki i patrzą czy nie wymiotuję na siłę, że stoją nade mną i patrzą jak jem obiad? Co z tego, że lekarze nie potrafią powiedzieć co mi jest.
Przecież kiedyś będzie dobrze...

Miało być dobrze też wtedy, jak powiedzieli mi, że mam Crohn'a. Weźmiesz leki, będzie remisja, a szpital będziesz odwiedzać raz na pół roku, na kontrolę. 

Miało być dobrze jak dostałam immunosupresje. Przecież wiele ludzi ma na tym piękną remisję przez wiele lat. Ostre zapalenie trzustki i stan zagrażający życiu...chyba nie o to chodziło.

Głowa do góry! - mówili, kiedy dostałam magiczny steryd, który działa, a nie powoduje skutków ubocznych. Co powiedzieliby, kiedy zobaczyliby w ubikacji rzeź jak po zabiciu jakiegoś zwierzaka?

Ułoży się! -słyszałam, jak dostałam pierwszą dawkę magicznego leczenia, o wspaniałej nazwie ''biologiczne''. No niestety, nie była to ''biologiczna'' odnowa jak w salonie spa. Kiedy po piątej dawce dostałam wstrząsu a potem wysokich gorączek - nic się nie ułożyło.

Teraz musi być dobrze! - z tym przesłaniem szłam na podanie kolejnego magicznego leku. Malutkie zastrzyki miały sprawić, że wyzdrowieję chociaż na jakiś czas. Z tym bywa różnie. Na pewno nie jest do końca dobrze, a jak coś jest tylko w połowie, to można uznać, że tego nie ma.

Dasz radę! - chyba moje ulubione powiedzonko. Z takimi okrzykami w głowie szłam na operację. W panice nie wiedziałam, czy to jawa czy sen. Dałam radę, obudziłam się, żyję.

Też nie było dobrze, bo spokoju miałam może z miesiąc.

Wszystko będzie dobrze słyszałam za każdym razem, kiedy walił się mój świat, niekoniecznie z powodu choroby. Nie zawsze potem było. Ale mam co doceniać. Mam duże doświadczenie. Wiem, że świat mimo, że się zawalił, to jeszcze nie skończył.

Wiem, że czasem ciężko jest powiedzieć coś innego, niż to wszechobecne będzie dobrze. Słowa, które mają pocieszać, czasem mają odwrotny cel. Czasem wystarczy już nic nie mówić, tylko po prostu być. Dać odczuć osobie chorej, że jeśli będzie potrzebowała rozmowy, to ma do kogo się zwrócić.

Najbardziej wkurza to, że jak dzieje się coś złego, to chcesz, żeby dobrze było już, teraz, w tej chwili. Nikt z nas nie chce cierpieć ani fizycznie ani psychicznie. Nikt też nie ma czarodziejskiej różdżki i nie sprawi, że wszystko odmieni się w jednym momencie na lepsze. Nikt żadnym słowem, ani czynem nie sprawi w przeciągu chwili, że będziemy zdrowi. Nie ma takiej mocy, nie ma takiego leku, nie ma takich słów.

Są jednak też takie sytuacje, że potrzebuje się tego ''będzie dobrze''.
Mimo, że przecież wiem, że ''będzie, co ma być''.



środa, 4 stycznia 2017

Przed Państwem - Kolonoskopia! :)

Będzie bolało?
A czy ten preparat do picia jest dobry?
A co będzie, jak się nie wyczyszczę?
Jak to możecie mi przebić jelito?!

Kolonoskopia nie taka straszna...

Dość częstym badaniem w chorobach zapalnych jelita jest kolonoskopia. Ko-lo-no-sko-pia! Nie kolanoskopia! :) Badamy jelito (colon), nie kolana :D

Chyba wszyscy się jej boją. Jest to nieprzyjemne badanie, a jeszcze bardziej nieprzyjemne jest przygotowanie do badania. Ale badania wziernikowe, czyli takie, w których sonda  z kamerką zagląda do naszego wnętrza, są najbardziej dokładne :)
Jest to badanie inwazyjne, dlatego niestety może mieć powikłania. Jednym z najgorszych jest perforacja jelita - przerwanie ciągłości przez rozpychanie powietrzem jelita podczas badania.

Jak do tego podejść? Pozytywnie!
Myślenie nad tym czy badanie się uda, czy będzie boleć, czy będą powikłania - nic nie da! Tylko jeszcze bardziej będziemy zdenerwowani.

Preparat do czyszczenia jelit, czyli - napój bogów :) 

Na szczęście nie ma tylko jednego preparatu do czyszczenia jelit przed badaniem. Są różne smaki, różne objętości, różne ceny i różne zalecenia lekarza. Miałam okazję próbować trzech takich preparatów. Żaden nie był dobry. Niektóre nawet były nie do wypicia i musiałam je sobie podać przez sondę. Nie wiem co było gorsze - odruch wymiotny, który towarzyszy świeżo po włożeniu sobie rurki do nosa i gardła, czy smak tego napoju.
Ratunkiem czasem są cytryny, wody smakowe, cola, landrynki...
Pamiętać trzeba też o tym, by dużo chodzić! Wtedy wszystko lepiej się ''przelewa'' w brzuchu i lepiej czyści.
Odnośnie diety parę dni przed - tutaj trzeba trzymać się zaleceń lekarza.

Lepiej zacisnąć zęby i wypić preparat, niż całą procedurę znów powtarzać za jakiś czas z powodu nieudanego badania. Im lepiej się wyczyścimy tym badanie wyjdzie dokładniej. Lekarz nawet nie będzie chciał go robić, gdy zaraz po włożeniu endoskopu zobaczy płynny stolec.


Proszę się położyć na lewym boku, przyciągnąć kolana pod brodę i spokojnie oddychać...

Najpierw trzeba się rozebrać. Dostajesz śmieszne gacie z dziurką na tyłku. Paradujesz w nich potem przez cały gabinet, próbując przytrzymać je tak, żeby nic nie było widać... Jednak możesz sobie schować wstyd do kieszeni, zaraz i tak lekarz zobaczy całą twoją ''okazałość''.
Kładziesz się na leżance, najczęściej na lewym boku, przyciągasz kolana pod brodę i zaczyna się badanie... Najpierw lekarz bada odbyt i wszystkie nieprawidłowości, które tam mogą się pojawić (przetoki, ropnie, szczeliny). Oczywiście zanim cokolwiek włoży nam do tyłka - smaruje palec maścią znieczulającą. Tak, tak palec! Najpierw odbywa się badanie per rectum właśnie palcem. Dopiero potem endoskop także nasmarowany śliską, znieczulającą maścią (tylko na końcówce, nie cały) wkłada do jelita grubego. Badanie jest pełne, kiedy uda zbadać się całe jelito grube i niekiedy początek cienkiego (od odbytu do okolicy kątniczo-krętniczej), Tutaj mówię, o osobach, które mają jeszcze jelito grube w całości ;)
Nieprzyjemne jest wpuszczanie powietrza do jelita. Lekarz, żeby przeprowadzić badanie musi je troszkę ''rozepchać''. Pobieranie wycinków do badanie nie boli. Oprócz tego, że na ekranie widzisz małą kałużę krwi, to nie czujesz tego, że ktoś właśnie w środku zrobił ci ranę. Przechodzenie endoskopu przez zagięcie śledzionowe i wątrobowe, czyli tzw. ''zakręty'' może zaboleć.
Samo badanie według mnie nie jest bardzo bolesne, raczej mogę to porównać do takiego rozpychania brzucha w środku i uczucia silnego parcia przez całe badanie, tak jakby jelito chciało wypchać ten endoskop.


Siła w zespole

Połowa sukcesu to dobry lekarz - endoskopista i pielęgniarka endoskopowa. Lekarz, który wykonuje badanie najlepiej, by specjalizował się właśnie w endoskopii i robił takich badań dużo. Doświadczona pielęgniarka będzie wiedziała jak nam pomóc w najtrudniejszych momentach i jak najlepiej ucisnąć/masować brzuch, by wszystko poszło sprawnie. 


A może znieczulenie? 

Znieczulenie/sedacja niestety zwiększa ryzyko perforacji/przebicia jelita. Dla nas to bardzo wygodna forma, bo zasypiamy na czas badania, a po wszystkim budzimy się jak gdyby nigdy nic. 
Niestety lekarz nie ma z nami kontaktu podczas badania, nie widzi, kiedy coś złego się dzieje. 
Jak wszystko ma to swoje plusy i minusy... Na pewno pozwala na bezbolesne przeprowadzenie tego nieprzyjemnego badania. 
Można także poprosić o podanie środków rozkurczających, przeciwbólowych, uspokajających podczas badania, ale być przytomnym. 
Można także poprosić o ''głupiego jasia''. Bardzo fajna sprawa! Bardzo wesoła :) Jednak jakoś nie na wszystkich działa, a badanie jak było nieprzyjemne tak dalej jest nieprzyjemne. 


Nie chcę tutaj się wypowiadać od strony medycznej, ale to w jaki sposób (na żywca czy w znieczuleniu) będzie badanie najlepiej będzie wiedział wasz lekarz prowadzący. 


Nareszcie po!

Pełno gazu w brzuchu, którego musisz się pozbyć. Jeśli po badaniu jesteś w szpitalu to trochę krępujące, by wypuszczać powietrze w sali przy współlokatorach. Najlepiej udać się do łazienki,
Kiedy po badaniu jedziesz do domu, to jest o wiele łatwiej, mniej krępująco. Kładziesz się najlepiej na lewym boku i pozbywasz wszystkich gazów - powietrza, które lekarz podczas badania wpompował do jelita. 
Możesz zjeść lekkostrawny posiłek. Nie polecam jedzenia od razu frytek, czy innego jedzenia z restauracji pod złotymi łukami, bo to może się źle skończyć.  W końcu przy przygotowaniu do badania prawie nic nie jadłeś, więc jak po jakimś okresie niejedzenia od razu zafundujesz sobie ciężkostrawny posiłek, to ciężko będzie go strawić :) 

Obserwuj, czy po badaniu nie dzieje się nic złego. To badanie dość inwazyjne, więc jeśli pojawi się gorączka, silny ból, krwawienia - zgłoś się do lekarza!

Czy jest się czego bać? 

Nie :) Jeszcze nie raz będziesz mieć takie badanie! Ja choruję 6 lat, kolonoskopii miałam już 9 i pewnie jeszcze nie jedna mnie czeka.